Pierwszy dzień mamy

Pół roku i 21 dni. Dokładnie tyle jestem mamą. Niewiele, a jednak nie bardzo pamiętam jak to było kiedy Frania nie było przy mnie. Dziecko na nowo zdefiniowało moje życie i mnie jako człowieka. Dziś nie mam zamiaru przemycać tu psychologicznych teorii. Dziś będzie szczerze. Czym dla mnie jest słowo „mama”?

Dopełnienie. To pierwsze co przychodzi mi do głowy.
Jestem/byłam naprawdę szczęśliwym człowiekiem. Znacie takich ludzi, którym uśmiech nie schodzi z twarzy? To ja.
Być może to kwestia doceniania, cieszenia się z małych rzeczy, ale naprawdę myślę, że moje życie to wygrany los na loterii. Do pełni szczęścia brakowało mi tylko dziecka. (Teraz potrzebuje jeszcze pralki, ale to inna historia.)

Nie poszło jak z płatka

Macierzyństwo nie od razu okazało się być moją wyśnioną bajką. Było raczej zimnym prysznicem. Jako mama rodziłam się długo, w łzach baby bluesa. Dziś jednak potrafię godzinami opowiadać o małym ciałku, o zaciśniętych piąstkach,
o pierwszym spojrzeniu, szczerbatym uśmiechu. Macierzyństwo to miłość jakiej dotąd nie znałam, choć miłości w moim życiu było sporo. Miłość, która nie mieści się w sercu. Miłość, która sprawia, że choć marze o tym by zasnąć, to kiedy już mogę to zrobić, zamiast zamknąć oczy patrzę. Patrzę i nieustannie zachwycam się każdym centymetrem, oddechem, westchnieniem.
Tule, karmię, ubieram, a chwilę później rozbieram, by znów ubrać. Nie przerwany dzień świstaka, padam na twarz.
Już dawno zapomniałam co to znaczyć „wyspać się”. Nie gloryfikuje macierzyństwa. To syzyfowa praca, a jednak mówię,
że moje życie stało się bajką. Bo stało.

Więcej rozumiem

Całe dzieciństwo wydawało mi się, że moja mama jest z innej planety. Dziś mówię „przepraszam”. I mówię je tak prawdziwie jak nigdy dotąd, bo dopiero teraz rozumiem. Rozumiem stres, rozumiem zmartwienia, rozumiem troskę. Inaczej patrzę na ciągłe dopytywanie się co w szkole i poprawianie kołdry w nocy. Pamiętam tą lampkę, która paliła się
u mamy w sypialni dopóki nie wróciłam do domu. Jestem wdzięczna. Wdzięczna za wszystko co jeszcze wczoraj wydawało mi się banałem, a dziś wiem, że było największymi życiowymi prawdami.
Inaczej patrzę na moją mamę, bo moje własne macierzyństwo odkryło karty.

Tu nic nie jest oczywiste

Macierzyństwo zaskakuje mnie codziennie. Przez moment myślę, że to za dużo jak na zwykłego śmiertelnika. Daleko mi jednak do opisywania macierzyństwa jako męczarni , a już na pewno nigdy nie przeszło mi przez myśl słowo „poświęcenie”.
Nic nigdy nie dało mi tyle satysfakcji co śmiech Frania. Macierzyństwo to coś pomiędzy superbohaterstwem, a najsłodszym lukrem, coś pomiędzy padaniem na twarz i lataniem w chmurach.

A dla Was? Czym jest macierzyństwo?