Poród oczami mężczyzny

Czytaliście artykuł mojej żony „dlaczego tata [nie]musi być przy porodzie?” ?
Cóż za przewrotny tytuł.Ona uwielbia takie niedomówienia! Poprosiłem Olę, żeby na moment dała mi dostęp do swojego bloga. Bo ja chcę Wam opowiedzieć mój punkt widzenia.
Nie, tata nie powinien być przy porodzie.

Byłem, widziałem, przeżyłem. Poród to żaden American Dream. Kiedy słyszę, jak ktoś mówi że poród to najpiękniejszy moment w życiu, jestem niemal pewien, że jest wariatem lub postradał zmysły. Albo nie szanuje kobiet i traktuje je jako maszynkę do rodzenia.

Ciąża miała swoje wspaniałe momenty, te kopniaki potrafiły mnie rozczulić do łez, z radością obserwowałem tego małego człowieczka na każdym usg i rosnący brzuszek Oli. Z czułością wspominam nawet ciążowe zachcianki! Teraz najchętniej rzuciłbym pracę, bo nie chce tracić żadnej chwili z życia mojego dziecka. Ale poród… Nie, w porodzie nie ma nic cudownego. Uwierzcie! Jeżeli marzycie o wspólnym oddychaniu, spokoju, trzymaniu się za rączkę, to zmieńcie kanał.

I problem nie tkwił w moim błędnym nastawieniu. Nie, nie wierzyłem, że będzie bajkowo. Poród wyobrażałem sobie jako zrzucenie komandosa w sam środek islamskiej kryjówki, z wielką chorągwią Stanów Zjednoczonych. Rozumiecie?
Nagłe znalezienie się w obcym miejscu, w którym niebezpieczeństwo czyha na każdym kroku.

Wyzwanie.

Skoro jednak moja żona powiedziała, że mnie potrzebuje – jako facet czułem się w obowiązku stanąć na wysokości zadania. Na szkole rodzenia przygotowaliśmy plan porodu, wiedziałam więc, co będzie się działo. Wejdziemy, wniosę różową torbę mojej żony, podam jej piżamę, wodę. W razie głodu, dla niej miałem orzeszki, a dla siebie kabanosy. Będziemy skakać
na piłce, potem zaprowadzę ją pod prysznic, będę polewał brzuch żeby złagodzić bóle i pomagał oddychać.
Wdech przez nos, wydech ustami. Znałem to na pamięć.

Świat jednak po raz kolejny pokazał mi, że planować, to ja sobie mogę, ale życie i tak zrobi swoje. Jestem mistrzem spontaniczności. Jedyne co w życiu zaplanowałem to rodzina, więc i tu nie powinienem planować, tylko zdać się na los.
Co mnie podkusiło, że uwierzyłem babom w plan porodu!

Akcja.

Znamy się z Olą 13 lat. Jak bardzo się myliłem, kiedy myślałam, że wiem jak głośno  potrafi krzyczeć moja żona!
Uwierzcie – do póki nie usłyszycie krzyków na porodówce, nie wiele wiecie o możliwościach głosowych swoich kobiet. Porodówka to po prostu nie jest fajne miejsce. Od porodu minęło pół roku, a ja 3 listopada pamiętam jakby był wczoraj.

Na sali porodowej moja żona krzyczy jak nigdy. Położna krzyczy po niej. A ja w tym wszystkim stoję jak kołek.
Bo o podawaniu wody dawno zapomniałem. Nie było obiecanej piłki, prysznica, wspólnego oddychania, trzymania za rączkę. Plan ze szkoły rodzenia padł. Kiedy poczułem, że mam dość, wyszedłem.
Do dziś nie wiem jednak co było gorsze. Stanie przy Oli, ze świadomością, że nie jestem w stanie jej pomóc, czy jednak słuchanie jej krzyków na korytarzu. Wyszedłem na ciemny korytarz, z jedną małą żarzącą się żarówką.
W oddali słyszałem te przeraźliwe krzyki i czułem, że znalazłem się w środku horroru. To spokojnie mógłby być kinowy hit. Nie wiem czy gorsza była ta sala, czy ten korytarz, ale na korytarzu mogłem chociaż napisać smsa rodzinie, że rodzimy.
Nagle wychodzi sympatyczna Pani i ze stoickim spokojem pyta, czy chciałbym przeciąć pępowinę.
Niewiele rozumiem, ale idę za nią, robię co mówi. Na Oli brzuchu widzę małego, pomarszczonego człowieka.
Byłem pewny, że w tym momencie ogarnie mnie wzruszenie, ale jedyne co czułem to ulga.
Zachwyt przyszedł dopiero dzień później.

Franek przyszedł na świat o 2.25. Wróciłem do domu nieco po 4. Tego dnia (tej nocy?)  nie zmrużyłem oka.

Czy facet powinien być przy porodzie?

Tak, przy I fazie porodu tak. My nie zdążyliśmy dojechać na skakanie na piłce, na masowanie pleców, na prysznic.
Wszystko działo się tak szybko. Wpadliśmy do szpitala, a dwie godziny później Franek był na świecie.
Może przez to, mam tak złe wspomnienia.

Ola napisała w swoim poście, że uważa, że wspólny poród nas zbliżył. Ja uważam, że zbliżyła nas cała ciąża.
Wspólne chodzenie na badania, wypatrywanie każdych kopniaków, rozmowy z brzuchem, szkoła rodzenia.
Jeżeli jednak moja żona uważa, że moja obecność jej pomogła, to nie żałuje żadnej sekundy spędzonej z nią w tamtych chwilach, ale następnym razem pozwolę sobie wyjść kilka minut wcześniej.