Nie potrzebuje Twoich rad.

Też masz wrażenie, że dzieci to dobro wspólne? Że każda napotkana osoba, czuje się w obowiązku radzenia Ci jak masz wychowywać swoje dziecko? Nie noś go tyle, ubierz czapeczkę, on się nie najada, za ciepło mu, zrób to, zrób tamto, nie rób tego. Eh. Stop. Nie, nie potrzebuje Twoich rad.

Gdyby poradników, książek, mądrych blogów było nam mało, to swoje trzy grosze dołożą nam jeszcze koleżanki, sąsiadki, babcie, ciocie, a nawet obcy ludzie na ulicy. Każdy ściga się w przekazaniu nam niezwykle cennych, „złotych” rad. Czy naprawdę ich potrzebujemy? Czy mamy prawo do własnej wizji rodzicielstwa?

Dlaczego tak jest?

W naszym społeczeństwie od pokoleń panuje zasada „wszystkie dzieci nasze są”, kiedyś rzeczywiście tak przecież było. Cała wioska szła na roboty, a dziećmi zajmowali się wszyscy.
Inna sprawa to schemat dziecięcości opisany przez Lorenz. Mówi on, że ludzki umysł działa automatycznie – bardzo intensywnie reaguje na twarz dziecka. Okrągła głowa, duże oczy, mały nosek, drobny podbródek – sama słodycz, no jak tu przejść obojętnie i nie otoczyć tego malucha opieką!  „Dobre rady” nawet jeżeli wkurzające, są zazwyczaj dawane mimowolnie i zupełnie automatycznie.

Doradco, ugryź się w język

Jestem w stanie znaleźć usprawiedliwienie dla doradców, ale nie znaczy to, że muszę na nie przyzwalać. Bo naprawdę jeżeli nie pytam, to nie potrzebuje niczyich rad. Wtedy kiedy mówię, że jestem zmęczona, że Franek znów nie spał w nocy, że marudził cały dzień, chcę tylko żebyś pokiwał głową ze zrozumieniem. Słyszałeś kiedyś, że „ojojane” miejsca bolą mniej? To naprawdę działa. Ludzie kiedy potrzebują rady, zazwyczaj proszą o nią wprost i zwyczajnie pytają „znasz jakieś sposoby na odstawienie nocnych karmień?”. Jeżeli o to nie pytają, to oczekują zrozumienia, empatii, wsparcia. Powiedzenie „rozumiem, że nie jest Ci łatwo” jest dużo bardziej pomocne ale i trudniejsze dla doradcy.
Wiecie, że nawet jako psycholog nie mamy prawa wtrącać się w życie swoim pacjentom? Reguluje do kodeks etyki. Jeżeli ktoś zgłasza się do nas z problemem związanym ze swoim małżeństwem, nie mam prawa analizować jego relacji z szefową.

Chyba, że radzisz z czystego egoizmu

Kiedy radzimy, czujemy się jak specjaliści. Bycie ważnym przyjemnie łechta nasze ego i stawia nas na piedestale. Przynajmniej w naszej głowie. W rzeczywistości jednak utrudnia kontakt i zamyka nas na drugiego człowieka. Ty poczujesz się ekspertem, ale mamę z którą rozmawiasz albo wpędzisz poczucie winy, albo w najlepszym przypadku sfrustrujesz. Nawet jeżeli wiesz lepiej, to nie znaczy, że zrobiłbyś to lepiej. Więc nawet jeżeli masz dobre intencje, nieproszone rady schowaj do kieszeni i spróbuj po prostu być.

Łatwo mówić

Piszę ten post, a jednak sama prowadzę bloga, który umówmy się, choć trudno mi to przyznać opiera się jednak na idei radzenia. Hipokryzja? Przyznaje, ciągle muszę gryźć się w język. Nie jestem alfą i omegą, ale swoją wiedzę opieram głównie na rozmowach ze specjalistami. Nie bardzo ufam internetowym newsom, ale z wielką przyjemnością radzę się lekarzy, fizjoterapeutów, dietetyków, a nawet koleżanek po fachu, Wymieniam doświadczenia z innymi młodymi mamami. Mam nadzieję, że udaje mi się znaleźć równowagę między rozmową, a nachalnymi radami. Jeżeli tak nie jest, to przepraszam Was bardzo drogie koleżanki i daje prawo do grożenia palcem!

A jakie są Wasze doświadczenia z radami? Kto daje sobie prawo do dawania ich Wam? Rodzina, czy pani na bazarze? Czy Wy często stawiacie siebie w roli ekspertów?