Dlaczego tata [nie]musi być przy porodzie?

„Był przy poczęciu, musi być przy porodzie!”, „Porodówka to nie miejsce dla facetów”. Zdania na temat porodów rodzinnych są naprawdę skrajne i nie raz wzbudzają niemal tyle samo emocji co polityka.
A jaka jest prawidłowa odpowiedź na pytanie – czy tata powinien być przy porodzie?

Oh! Jak ja uwielbiam kiedy ktoś mi zadaje to pytanie, szczególnie gdy dodaje „ale powiedz jako psycholog!”
(no cóż,  przyznaje jako kobieta rzeczywiście mogłabym być mało obiektywna). Odpowiadam wtedy z pełną powagą mojego dyplomu, jak rasowy psycholog – „to zależy”.
To zależy od tego, czy obie strony tego chcą. Nie ma co ukrywać, porodom daleko do pięknych, sielskich obrazków
z większości filmów. Jeżeli komuś z gracją i uśmiechem na ustach udało się skakać na piłce, mąż z radością i spokojem masował plecy, a w międzyczasie rozmawialiście sobie o wymarzonych wakacjach w Santorini, chapeau bas!
Może zagracie też w totka? Pewnie traficie szóstkę! Jeżeli jednak jesteście zwykłym, przeciętnym człowiekiem, no cóż. Pięknie nie będzie.
Kobieta ma więc prawo chcieć mieć w tym momencie przy sobie wyłącznie personel medyczny, a facet ma prawo chcieć obgryzać paznokcie na korytarzu, tak samo jak macie prawo być razem.
Grunt to wiedzieć czego się chce i czego można się spodziewać.

Jak to było u nas?

Dla mnie wizja porodu była stresująca. Nie bałam się jednak samego porodu, a szpitala. Tego, że nie będę miała siły wezwać pomocy, tego że nie będę wiedziała jak się zachować, po prostu – nowe sytuacje są dla mnie zawsze stresujące.
A tu obce miejsce, obcy ludzie, poród. Wiedziałam, że sama obecność Piotrka zdziała cuda. On nie był do tego przekonany, nie cierpi lekarzy. Ciągle śniło mu się, że nagle zamienia się w komandosa i rozprawia się z personelem porodówki kiedy Ci odmawiają mi znieczulenia, a potem  On ląduje za kratami i dostaje tylko pocztówki ze zdjęciami Frania.
Pomocna okazała się jednak szkoła rodzenia. Poznanie faz porodu pozwoliło nam iść na kompromis – Piotrek jest ze mną tak długo jak chce, a kiedy tylko poczuje się nie komfortowo, wychodzi. (Komfortowo przy porodzie – to brzmi jak dobry żart) Tak rzeczywiście było, kiedy położna radośnie wykrzyknęła „mamy główkę” mój mąż skapitulował, wtedy było mi jednak już wszystko jedno, bo cel był jeden – jak najszybciej urodzić.

Kiedy po porodzie rozmawialiśmy, dziękowałam Piotrkowi, że był przy mnie praktycznie przez cały czas, że znosił moje krzyki, że tłumaczył je położnym, odpowiadał na ich bezsensowne pytania, na które odpowiedzi i tak były w karcie ciąży. Dawał mi poczucie bezpieczeństwa, dodawał otuchy. Był najlepszym środkiem znieczulającym, który łagodził to co najbardziej mi doskwierało – lęk. Z  jego perspektywy wyglądało to zupełnie inaczej! Nie wiedział po co tam był, moje krzyki go przerażały, a kiedy zobaczył Frania na moim brzuchu, czuł raczej zdziwienie niż wzruszenie. On był moim bohaterem, a ja dla niego SuperWomen. Patrzyliśmy na siebie z podziwem. Jednak ja nazywałam to co się wydarzyło cudem, a on rzeźnią.

A więc warto?

Jestem pewna, że wspólny poród zbliżył nas do siebie i dzięki temu, jesteśmy mega mocną rodziną. Czy gdyby nie poród rodzinny to byłoby inaczej? Inaczej na pewno, czy gorzej nie wiem. Wiem jednak, że nie sprawdzi się to u każdego.
Wywieranie presji może zaszkodzić, warto jednak rozmawiać. Poznać argumenty drugiej strony, przyczyny oporu. Wątpliwości wynikają najczęściej z braku wiedzy o tym jak przebiega poród i czego się spodziewać.
Mądra, kochająca się para podejmie dobrą decyzje, niezależnie od tego jaka ona będzie.

 

 

Przeczytaj też: Poród oczami mężczyzny