Cukier puder, lukier i wata cukrowa

Jeśli nie lubicie lukrowanych historii o macierzyństwie to możecie pominąć ten post. Bo dzisiaj będzie mnóstwo ohów i ahów. Tak tu nigdy nie pisałam, zawsze starałam się przemycić Wam trochę psychologicznej wiedzy, a dziś będzie inaczej. Dziś będzie o tym jak mi się nogi uginają, jak robią się z waty (cukrowej!) kiedy patrzę na Frania. Bo kiedy teraz patrzę na mojego śpiącego syna, nie umiem napisać nic innego, nic konkretnego.

Macierzyństwo takie już, że zastanawiasz się po co Ci to było. Szczególnie teraz, kiedy mojemu dziecku wychodzą dwie jedynki, a jeżeli jeszcze tego nie wiecie, to dwie jedynki oznaczają masakrę, armagedon, koniec świata. Tulimy się więc cały dzień, śpiewam, tańczę, ćwiczę akrobatykę i sporty wyczynowe. Wszystko, byle tylko odwrócić uwagę i zająć tego młodego człowieka choć na chwilę. Po całym dniu, kiedy w końcu udaje mi się go odłożyć do łóżeczka, zamiast paść na twarz tuż obok, patrzę. Patrzę i nie mogę wyjść z zachwytu. Bo wiecie, ten mój syn, to istny ósmy cud świata.

Ja się nie chwalę

Nie, nie jestem z tych, które na facebooku relacjonują swoje życie. Do dziś nie zmieniłam statusu na „w związku małżeńskim”. Ale przy dziecku, przyznaje, oszalałam. Kiedy Franio dawał pierwsze kuksańce w żebra, miałam ochotę wołać „Heloł świecie! Jestem najszczęśliwsza po tej stronie kuli ziemskiej”, teraz zmieniło się o tyle, że kiedy już mój syn jest po tej stronie brzucha, to jestem najszczęśliwsza nie tylko na ziemi, ale w całym wszechświecie.
Nie mam co do tego żadnych wątpliwości.

9kg, prawie 70cm, niby kruszynka, a jednak już zdążył zdefiniować na nowo mój świat. Sam jeszcze nie wiele widział,
bo wzrok dopiero co mu się wyostrzył, nie wiele słyszał, bo na okrągło wałkujemy „Małego księcia”, „Pucio uczy się mówić” i „Co wypanda, a co niewypanda”, a jednak przekazuje mi największe mądrości tego świata.  Uczy miłości dojrzałej.
Nigdy nie pomyślałabym, że poczuję się spełniona kiedy zobaczę bezzębny uśmiech. Najszczerszy na świecie,
bo nie strapiony żadnym zmartwieniem, obowiązkiem.

Nie potrzebujemy nic więcej

Nie mogę się doczekać aż będziemy szli chodnikiem nie depcząc na linie, skakać po kałużach, patrzeć w chmury.
Patrzę na tą moją kruszynkę, sprawdzam czy nóżka się nie odkryła, czy nosek nie marznie, czy śpi spokojnie. Głaskam po głowę, delikatnie żeby go nie obudzić, ale nie mogę się oprzeć żeby jeszcze raz go nie dotknąć, nie ucałować na dobranoc.

 

I wcale się syneczku nie dziwię, że nie możesz spać kiedy mnie nie ma. Mi też myśli błądzą kiedy nie ma Cię obok.